Nasza księgarnia

Dr W. Stachurko, Ołowiani żołnierze

Opublikowano w Bez kategorii

     Mój dziesięcioletni syn kocha ołowianych żołnierzy. Poszedłem niedawno do Hamley'a. żeby mu kupić na gwiazdkę. Nauczony doświadczeniem nie zabieram go na tego rodzaju zakupy. Pensja specjalisty w dużym angielskim szpitalu jest nie najgorsza, ale nie wystarcza na zakupywanie całych miniaturowych armii. Nawet sam wybór nie był łatwy.

    Gwardia piesza i konna, Szkoci w kraciastych sukienkach, dragoni, kanadyjska królewska konna policja w kapeluszach skautów i w czerwonych mundurach, to dość by wprawić duszę młodego chłopca (jeśli taki - jak powiada Makuszyński - ma duszę) w stan pożądliwego zachwytu.

    Co wybrać? Kawalerię amerykańską z czasów bitew z Indianami, czy angielską piechotę z ostatniej wojny w battle-dressach i blaszanych melonikach?

 

    Co się będzie odbywać pod choinką we frontowym pokoju? - rajd na Dieppe, czy ostatnia obrona generała Custera? Osiołkowi w żłobie dano...

    Tęgi, barczysty Anglik w oficerskim mundurze, z ryżym wąsikiem w kształcie szczoteczki do zębów, przerwał moje rozmyślania.

   „Nad czym się pan namyśla, doktorze? Patrz pan, w sam raz dla Polaka”.

     Krótką bambusową laską wskazał pudełko. W pudełku - polscy ułani z napoleońskich wojen. Wąsate gęby, rogate czapy, rabaty na mundurach, lampasy, lance... Tylko proporczyki na lancach coś nie bardzo: biało-czerwone wprawdzie, ale czerwony kolor na górze. I na czaprakach, zamiast cyfry napoleońskiej, korona królewska.

    „17-ty pułk lansjerów. Mundury są mniej więcej dokładną kopią mundurów polskich ułanów z czasów Napoleona. W tych mundurach pułk brał udział w sławnej szarży na armaty rosyjskie pod Bałakławą w czasie wojny krymskiej”.

    Zbaraniałem zupełnie. Skąd ten ryży drab wie, że jestem lekarzem? Że jestem Polakiem? Przecież ani orzełka, ani laski Eskulapa na plecach nie noszę.

    Zanim ochłonąłem ze zdziwienia, Anglik zapłacił za pudełko i wpychał mi je w rękę.

    „Honorarium, doktorze, za Leros. A jeśli pan ma chwilę czasu to proszę na kolację do mojego klubu”.

    Honorarium? ... Za Leros? ... Już pamiętam.

    Gdy Włochy skapitulowały, Anglicy wysadzili desanty na kilku wyspach archipelagu Dodekaneskiego na morzu Egejskim. Liczyli na to, że liczne zatogi włoskie na pozostałych punktach dadzą sobie radę  z Niemcami i że morze Egejskie przejdzie w ręce aliantow. Gra się nie udała.

    Niemcy rzucili dużo posiłków na Dodekanezy, opanowali opór Włochów i po zaciętych walkach odbili wyspę Kos, jedyną z zajętych przez Anglików wysp, która miała lotnisko.

    Małe załogi pozostałych wysp znalazły się w trudnej sytuacji. O żadnych większych posiłkach nie mogło być mowy, bo kampania włoska pochłaniała rezerwy, a poza tym Amerykanie (pamiętacie ich ówczesną politykę: „Na miłość Boga, nie drażnić Rosji”), sprzeciwiali się jakiejkolwiek większej akcji na Bałkanach. Z drugiej strony Ministerstwo Wojny nie chciało się zgodzić na ewakuację. Ze względów prestiżowych - stanowisko Turcji, partyzantka w Grecji i na Bałkanach - postanowiono trzymać Samos i Leros jak długo się da.

    „Dzięki Bogu mamy marynarkę” powiedziały sobie mądrale w sztabie. Eskadra Lewantyńska dostała rozkaz wspierania garnizonów Samos i Leros.

    „Krew jest monetą Admiralicji” napisał Kipling.

    Admiralicja „buliła”.

    Kiedy  „Krakowiak”, wypożyczony do eskadry lewantyńskiej przeszedł do Aleksandrii, zabawa już kosztowała pięć kontrtorpedowców i dwa uszkodzone krążowniki.

    Wypady na płytkie, upstrzone minami wody egejskie, daleko poza zasięgiem parasolki własnego lotnictwa myśliwskiego, nie były całkiem bezpieczną rozrywką.  „Krakowiak” dopłacił swoje pięć groszy do „price of Admirality” i wylazł z tych tarapatów bez zadrapania farby okrętowej. Ale bywało gorąco.

    Na jeden z tych wypadów załadowaliśmy posiłki dla Leros. Kompania 4-go pułku piechoty - East Kent Regiment. Sławny, stary pułk z tradycją., sięgającą czasów Stuartów, zwany „Buffs” od ciemno-żółtego koloru wyłogów. Dowodził kompanią tęgi, młody byczek, świeżo upieczony kapitan - mój obecny rozmówca. Tylko nie miał tej ryżej szczoteczki pod nosem. Do rzeczy był chłop, chociaż  ryży jak marchew. Bardzo był dumny ze swej nowej rangi i dowództwa. Trzymał się, jak sto diabłów.

    Ale na dzień przed przejściem do Leros „wzięło go” nagle. Ledwo się dowlókł do mesy. Nie mógł jeść. Suchy, bolesny kaszel, rozpalona twarz, nieprzytomne oczy... Prawie siłą zawlokłem go na izbę chorych.

Gorączka 39,6  stopni, wolne pełne tętno, stłumienie opukowe nad dolnym prawym płatem, oddech oskrzelowy - zapalenie płuc. Oczywiście nie było mowy o wysadzeniu go na Leros. Musi wracać z nami do Aleksandrii i od razu do szpitala.

    Rzucił się jak oparzony.

    Nic mu nie jest.  Zwykłe zaziębienie, które jutro przejdzie. Orzeczenie doktorzyny z byle cudzoziemskiej marynarki to za mało, aby go pozbawić dowództwa i udziału w akcji.

    Musiałem posłać po angielskiego lekarza z okrętu dowódcy flotylli. Ten załatwił się krótko z moim pacjentem. Zaświecił mu w oczy potrójnymi złotymi paskami na rękawach i potwierdził, że nawet oficer piechoty powinien być dostatecznie inteligentny,  żeby zrozumieć,  że facet z zapaleniem płuc jest tak potrzebny w garnizonie wyspy, która lada chwila może być zaatakowana, jak wrzód na pośladku.

    „Shut up and obey your orders” - zakończył.

    Nawet go nie badał. Wypił dwa dżiny w mesie i pojechał.

    „Bloody Pongo” - powiedział wsiadając do motorówki. (Pongo - małpa gibraltarska - pogardliwa nazwa marynarska dla żołnierzy armii). „He does not know what is good for him”.

    Mój pacjent kiepsko reagował na leczenie sulphonamidem. (Penicyliny jeszcze wtedy nie mieliśmy). Gorączkował, majaczył, zrywał się, rzucał, przeklinał. I to jak przeklinał. Soczyście, kolorowo a paskudnie, z bogactwem skojarzeń, których by mu najlepszy carski podoficer mógł pozazdrościć. Przeklinał Polaków w ogóle, a mnie w szczególności.

    „Potrafi cholera pomyje z pyska wylewać, jak krakowska przekupka” - stwierdził z głębokim uznaniem nasz podoficer sanitarny.

    Więcej się człowiek przy nim angielskiego przez jeden wieczór nauczy, niż przez miesiąc na kursie. W tych długich złorzeczących Polaków monologach powtarzał się stale ten sam motyw, że to już drugi raz ten taki owaki naród wyrządził mu świństwo.

Drugi raz? Zaintrygowało mnie to i gdy trochę przyszedł do siebie zacząłem go wypytywać o przyczynę tej niechęci do Polaków.

Okazało się, że zawsze ktoś z jego rodziny służył w Buffsach. Praprapradziadek w kampanii hiszpańskiej za czasów Napoleona brał udział w bitwie pod Albuerą.

    W tej bitwie Buff's uzyskali przydomek „Zmartwychwstańców”. Szarża polskich ułanów rozbiła ich w strzępy. Zebrali się później do kupy i przyczynili się walnie do wygrania bitwy - stąd przydomek. Ale prapradziadek stracił rękę i musiał opuścić wojsko. A teraz praprapraprawnukowi polski lekarz podstawił nogę w karierze.

    Albuera... W Polsce u nas w salonie wisiał portret młodego ułana, który poległ pod Albuerą. Powiedziałem mojemu pacjentowi, że nie tylko jeden praprapradziadek popsuł tam sobie karierę.

    Następnej nocy niemieccy spadochroniarze i desanty nawodne lądowaly na Leros, a kiedy przyszliśmy do Aleksandrii i mój pacjent odjechał sanitarką do szpitala, Leros był już w rękach niemieckich.

    Przy kolacji mój znajomy rozgadał się na całego. Po naszym spotkaniu często myślał o tej starej bitwie pod Albuerą..

    Za Napoleona dobra piechota nie była znowu taka łatwa do rozbicia kawaleryjską szarżą.

    Czworoboki angielskiej gwardii pod Waterloo wytrzymały przecież przez dwie godziny ataki jazdy francuskiej, gdy marszatek Ney rzucił 77 szwadronów, 12 tysiecy ludzi i koni do największej szarży w historii. A potem, gdy się karta odwróciła, bagnety starej gwardii napoleońskiej odrzucały atak po ataku pruskich huzarów, angielskich dragonów, kozaków ... “La Garde meurt, la Garde ne se rend pas”. (Gwardia umiera, gwardia się nie poddaje) - brzmiała odpowiedź na propozycję poddania się.

    Cóż więc u licha stało się pod Albuerą ? Mój przyjaciel zaczął gmerać w historii pułku.

    Te polskie ułany musiały być z piekla rodem. Uderzyli na brygadę Colborne'a (w której byli nasi „Zmartwychwstańcy”) i zrobili rzeźnię. W ciągu 5 minut brygada straciła 1200 ludzi. Porucznik Latham z Buff’sów, broniąc sztandaru, chlaśnięty szablą przez pysk z odrąbanym policzkiem i połową nosa, złamał szpadę na ułańskiej lancy. Bronił się rozpaczliwie drzewcem, aż padł pokłuty jak sito (dostał 30 ran) pod końskie kopyta. Przeżył biedak to wszystko i straszył potem dzieci w Anglii okropną pokiereszowaną, beznosą gębą.

    Polacy przyczynili się także do przydomka drugiego angielskiego pułku za jednym albuerskim zamachem.

    57 putk piechoty, obecny Middlesex Regiment, stracił w tej szarży z 30 oficerów i 570 żołnierzy - 20 oficerów i 420 żołnierzy. Dowódca, płk. Inglis ciężko ranny, nie pozwolił się zabrać z pola walki. „Take careful aim and die hard” - powtarzał. Do dziś Middlesex Regiment nosi przydomek „Diehards”.

Przybycie brygady fizylierów gwardii na pole walki przeważyło szalę na korzyść Anglików. “Anglicy zostali pobici, ale nie chcieli uciekać” - meldował z niesmakiem francuski generał.

    Mój znajomy doszedł do wniosku, że te polskie ułany co mu porąbały praprapradziadka, to musiała być nie lada jazda.

    Jak spisały się inne pułki w zetknięciu się z Polakami?

    Waterloo...

    Masy francuskiej jazdy przedarły się przez pierwsze linie pozycji angielskich pod La Haye Sainte. Wściekłe wariackie przeciwnatarcie na bagnety 5 dywizji angielskiej powstrzymało i zmieszało Francuzów. Generał Ponsonby, dowódca Union Brigade, wykorzystał okazję. Trzy pułki kawalerii wpadły na Francuzów. I to jakie pulki. 1-szy pułk dragonów krolewskich, Scots Greys (ci z papierosów) i Inniskilling Dragoons. Roznieśli Francuzów na szablach i kopytach. Wsparła ich brygada cieżkiej jazdy lorda Somerseta, która się właśnie przerżnęła przez  masy francuskich kirasjerów Kellermana. Harcownicy z pułku szkockiej piechoty, widząc rodaków pędzących do szarży, nie wytrzymali. Chwytając za siodła i strzemiona, niesieni w powietrzu, łopotając kraciastymi kieckami, jak wielkie krwiożercze ptaki pojechali do ataku z kawalerią..

    Dotarli do baterii francuskich. Wydawało się, że nić nie powstrzyma zwycięskich Brytyjczyków.

    Wtem zafurkotały biało-czerwone proporczyki polskich ułanów Jaquinot'a. Zderzyły się dwie fale konnicy... i rozpędzona masa kawalerii brytyjskiej została raptownie zatrzymana. Padł dowódca Union Brigade, gen. Ponsonby. Zginął generał Picton. Anglicy straciwszy około czterech piątych ludzi wycofali się w nieładzie.

    Skąd ta ułańska wyższość nad innymi typami konnicy i ta umiejętność rozbijania w drzazgi żelaznych czworoboków piechoty?

    Odpowiedz: lanca.

    Zarzucona od siedemnastego wieku przez armie zachodnie, jako staromodna i nieużyteczna, lanca pozostała zawsze ulubioną bronią polskiej jazdy.

    Gdy Napoleon począł organizować polskie pułki lekkiej kawalerii, Polacy prosili o lance. Francuscy eksperci  kawaleryjscy śmiali się z początku pogardliwie. Prymitywna, ciężka, niewygodna broń, utrudniająca swobodę ruchów jeźdźca, bardziej niebezpieczna dla swoich niż dla nieprzyjaciela. Dobra dla dzikich murzynów, ale do niczego w cywilizowanej kawalerii.

    Ci polscy barbarzyńcy doprawdy powariowali...

    Ale gdy polski podoficer zwalił z koni trzech kirasjerów gwardii jednym młyńcem lancy bez ostrza, Napoleon, który się przyglądał tej pokazowej walce, zgodził się na wprowadzenie tej broni i obok strzelców konnych i szwoleżerów powstawały pułki polskich ulanów.

    Ten lekki pionowy kij zakończony krótkim ostrzem, z biało-czerwoną chorągiewką, okazał się straszną bronią w doświadczonych  rękach. Pchnięcie ostrzem, poparte wagą konia i jeźdźca, było trudne do odbicia szablą, czy muszkietem, ale równie straszliwy był młyniec.

    Morale najlepszego żołnierza załamywało się pod tym gradem szybkich ciosów, sypiących sie na głowy, szyję, ramiona i ręce, ciosów na które nie było skutecznej odpowiedzi.

    Doświadczenia z napoleońskich wojen spowodowały wprowadzenie lancy do angielskiej kawalerii. Oryginalna polska lanca spod Waterloo została wyciągnięta z muzeum wojskowego i zbadana przez specjalną komisję - zbadana tak dokładnie, że … „wsiąkła” i nigdy nie powróciła do muzeum ku zrozumiałemu oburzeniu kuratora.

    Pięć pułków lekkich dragonów zostało przemundurowanych na polska modłę -w wysokie rogate czaka, długie; spodnie z lampasami i mundury z wyłogami polskiego typu. Lansjerzy, co lepsi, na gwałt zapuszczali srogie mazurskie wąsiska na ułańską modłę. Nawet biało-czerwona chorągiewka na lancy pozostała, tylko porządek kolorów został odwrócony.

    Inne armie również powprowadzały lance w kawalerii.

    Pierwsi żołnierze niemieccy, którzy przekroczyli granice Francji w 1914 roku to byli pruscy „Uhlanen”, z błazeńską  karykaturą polskiej rogatywki  na czubku pruskiej pikielhauby.

    Rozstałem się z moim znajomym późnym wieczorem. Nie wiem czy i kiedy się znowu spotkamy, bo wyjechał z Anglii następnego tygodnia. Nie pytałem dokąd.  Malaje, Kenia, Singapur, Cypr? Nie wiem.

    Ale mój syn często się bawi tymi lansjerami. To jego najbardziej ukochani żołnierze.

 

W. Stachurko

Źródło: "Dziennik Polski" nr 27 (158) ,  3-ci lipca 1999 r.