Nasza księgarnia

Uwaga! Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Trafalgar

Opublikowano w Walki na morzu

...ANGLIA OCZEKUJE...
Nelson, udekorowany wszystkimi orderami, które diamentami rozświecały mu pierś i ściągały uwagę strzelców - śledził wybiegające w górę flagi.
...ŻE KAŻDY WYPEŁNI SWÓJ OBOWIĄZEK.
Porucznik sygnałowy słuchał, jak William Fearney pokpiwał sobie z marynarzami:
- Spełni swój obowiązek. Pewno, że spełnimy swój obowiązek. Zawsześmy to robili, może nie?
Jednakże cała załoga przyjęła sygnał głośnymi wiwatami podjętymi kolejno przez wszystkie okręty floty.
"Royal Sovereign" okręt flagowy Collingwooda, zastępcy naczelnego dowódcy, prowadząc kolumnę na tyły szyku Villeneuve'a płynął szybko przy sprzyjającym wietrze. Ten okręt miał rozpocząć walkę prawdopodobnie o godzinę wcześniej od "Victory", który wziął kurs na północ na czele drugiej kolumny, aby przeszkodzić francuskiej flocie w ucieczce bądź też w obronie centrum szyku. W krótką chwilę po podniesieniu sygnału Nelsona francuski okręt "Fougueux" oddał pierwszy strzał do "Royal Sovereign". Bitwa się rozpoczęła.
- Podnieść bandery - rozkazał Nelson.
Na szczytach masztów zatrzepotały jaskrawe plamy. Za jego przykładem poszły wszystkie okręty obu flot wywieszając bandery narodowe i flagi admiralskie we wzajemnym pozdrowieniu na początku krwawej rozgrywki. Prawie w tej samej chwili świsnęła kula nad pokładem "Victory".
- Zaczyna się - rzekł Nelson do Tomasza Hardy. - Każ zejść na dół wszystkim, których służba nie zatrzymuje na pokładzie.
Słońce odbijało się w żaglach floty nieprzyjacielskiej, która wpływając w jedną prostą linię szyku, by witać salwami nadciągających Anglików, uformowała w rezultacie linię wygiętą w łagodny łuk, co zupełnie przypadkowo dawało im lepsze możliwości ostrzału niż zamierzona linia prosta. Odległość po cięciwie łuku wynosiła około pięciu mil. Ale okręty awangardy podniosły żagle i oderwały się od własnego szyku obawiając się, że je otoczy kolumna brytyjska pod wodzą ,,Victory". O to właśnie chodziło Nelsonowi. Odstraszywszy awangardę, która nie mogła już teraz zaszkodzić Collingwoodowi, Nelson nakazał zmianę kursu i ,,Victory" popłynął do ataku w centrum szyku nieprzyjacielskiego.
Komandor Blackwood był na pomoście razem z Nelsonem, Hardym, kapitanem piechoty morskiej Adairem, sekretarzem Nelsona i innymi oficerami. Około pół do pierwszej strzał z "Bucentaure" wzbił fontannę wody tuż za rufą "Victory". Parę następnych strzałów przeleciało ponad ożaglowaniem. "Victory" znajdował się już o niecałą milę od linii połączonej floty francusko-hiszpańskiej.
- Czas ci wracać na własny okręt, Blackwood, mój zacny przyjacielu - rzekł Nelson. - Przepłyń wzdłuż szyku za nami i powiedz dowódcom, iż polegam na nich, i aby jak najprędzej włączyli się do bitwy.
Barczysty, wyprostowany Blackwood wyciągnął dłoń do swego wodza.
- Ufam, milordzie, że za moim powrotem na "Victory" zastanę milorda w zdrowiu i w posiadaniu dwudziestu pryzów.
- Niech cię Bóg błogosławi, Blackwood - brzmiała odpowiedź Nelsona. Ale gdy już Blackwood schodził do łodzi, admirał pochylił się za nim i zawołał: - Ostatni to raz rozmawiałeś ze mną.
Gdy łódź odpływała, następny strzał przeleciał przez topsel. "Victory" posuwał się powoli pod lekką bryzą, kołysany na wysokiej fali, która również popychała go do przodu.
Nelson śledził uważnie okręt Collingwooda, który właśnie przecinał linię szyku nieprzyjacielskiego przed trójpokładowcem hiszpańskim "Santa Ana" i wymierzył w ten okręt pełną salwę swoich dział. Pomimo niecierpliwości, aby już jak najprędzej znaleźć się w ogniu - niecierpliwości, która powiększała nosowy akcent jego głosu i wywoływała nerwowe dygotanie kikuta - Nelson zachwycił się sprawnością przyjaciela. Położył rękę na ramieniu Tomasza Hardy.
- Spójrz tylko, jak zręcznie Collingwood wprowadza okręt do walki.
Myśli Collingwooda były również w tej chwili przy dawnym przyjacielu. Zwracając się do dowódcy swego okrętu flagowego zawołał:
- Czego by nie dał Nelson, żeby teraz być tutaj!
Ale Nelson obmyślił rolę dla siebie. Odpędziwszy awangardę popłynął wzdłuż wygiętej w łuk linii szyku szukając najodpowiedniejszego miejsca do ataku w nadziei, iż będzie mógł zaatakować samego Villeneuve'a na "Bucentaure". Okręt z wolna wytracał szybkość z powodu szkód, jakie w jego ożaglowaniu czyniły strzały nieprzyjacielskie. Na "Victory" nikt nie miał prawa strzelać, dopóki cel nie był zupełnie pewny.
Odszedłszy od Nelsona Hardy rozmawiał z jego sekretarzem. Nelson, odwróciwszy się w pewnej chwili ujrzał nagle, jak straszliwie poszarpane strzałem armatnim zwłoki jego sekretarza kapitan Adair i William Fearney wyrzucali przez burtę do morza.
Widząc, że Nelson wyraźnie zmierza wprost do "Bucentaure", kilka najlepszych okrętów francuskich zgrupowało się wokół swego okrętu flagowego i skoncentrowało ogień na "Victory". Gdy okręt brytyjski był zaledwie o ćwierć mili odległy od nieprzyjaciół, wstrząsnęła nim straszliwa salwa kilkudziesięciu dział. Nelson spojrzał do góry i dostrzegł, jak spadał odstrzelony wierzchołek przedniego masztu. Hardy rzucił się na pomoc sternikowi, który padł zalany krwią przy potrzaskanym kole sterowym. Na chwilę "Victory" stracił sterowność. Zorientowawszy się, że sternika nic już uratować nie mogło, Hardy pozostawił go i kazał swemu zastępcy przenieść sterowanie na dolny pokład bateryjny - zadanie, które wymagało stałej pracy czterdziestu ludzi aż do końca bitwy. Zaledwie oficer zbiegł na dół, gdy jeden strzał armatni położył trupem ośmiu żołnierzy piechoty morskiej. Nelson to widząc wydał rozkaz:
- Rozproszyć się po pokładzie. Narażamy niepotrzebnie życie ludzi.
Hardy spojrzał znacząco na lśniącą orderami pierś Nelsona i pomyślał, że najcenniejsze życie jest tu narażane i wystawione na cel wyborowych francuskich strzelców, usadowionych na marsach i salingach. Szkoda, że nie było Toma Allena. To był jedyny człowiek - wspominał potem Hardy - który potrafił czasem nagiąć upór Nelsona do nakazów zdrowego rozsądku. Myśl tę przerwała kula, która zaświszczała między admirałem, a jego komandorem: wpadła od strony burty, przeleciała nad wyżką rufową i uderzyła o masywny blok brasu. Drzazga uderzyła w nogę Tomasza Hardy i oderwała mu sprzączkę od obuwia. Nelson podniósł w górę brew.
- To nie może długo trwać. Podziwiam odwagę naszych ludzi. Ciężko wytrzymać taki ogień nie odpowiadając nań wcale. Nigdy nie widziałem lepiej zdyscyplinowanej załogi. Ale nie możemy rozpoczynać ognia, dopóki nie będziemy całkiem pewni jego niszczącej skuteczności.
- Mamy już około trzydziestu zabitych, a ze dwudziestu odniesiono do chirurga - potrząsnął głową Hardy.
- Nasi artylerzyści nie będą już długo czekali. Admirał i komandor mierzyli uważnym spojrzeniem okręty skoncentrowane naokoło "Bucentaure".
- Mógłbym dostać się pod rufę tej starej kokoszki - rzekł Hardy - ale nie mogę zewrzeć się z nią, burtami, nie uszkodziwszy jednego z jej kurcząt.
- Wybierz sobie ofiarę - odpowiedział Nelson. - To nie gra roli, kogo przy okazji dostaniemy.
O godzinie pierwszej dziób "Victory" przeciął kurs "Bucentaure" tuż za jego rufą, zgrzytając rejami po jego masztach i żaglach. Z donośnym okrzykiem artylerzyści angielscy dali ognia. Skutki tej salwy były straszne. Dwadzieścia dział Villeneuve'a zostało od razu unieszkodliwionych, a prawie czterystu ludzi załogi zginęło lub poniosło ciężkie rany. Los "Bucentaure" był już przypieczętowany. Artylerzyści "Victory" strzelali teraz rzeczywiście skutecznie. Nelson i Hardy stali w kłębach dymu salw armatnich. W dziesięć minut później "Victory" zwarł się burta o burtę z "Redoutable".
Komandor Harvey na "Temeraire" również zaatakował "Redoutable" choć jego okręt sprzągł się już w śmiertelnej walce z innym Francuzem. Artylerzyści "Victory" musieli teraz strzelać ostrożniej, aby ich własne pociski przelatując ponad "Bucentaure" nie uszkodziły "Temeraire". Obok każdego działa stali w gotowości ludzie z wiadrami wody, którą zalewali dziury od własnych kul, aby okręt francuski nie stanął w płomieniach. Z drugiej burty działa "Victory" systematycznie oddawały salwy na "Bucentaure" i olbrzymi okręt hiszpański "Santisima Trinidad".
Na całej długości linii szyku wszędzie okręty angielskie zwarły się z nieprzyjacielem w śmiertelnych zmaganiach. Salwy huczały, haki wznosiły się do abordażu, ogień muszkietowy nie słabł ani na chwilę. Nelson żądał od dowódców okrętów, aby szli do zwarcia jak najprędzej. Nie zawiedli go. Pod Abukir nieprzyjaciela przychwycono w ciasnej, zamkniętej przestrzeni kotwicowiska, z którego nie mogli się wymknąć. Tym razem nie pozwolono im uciec nawet na otwartej przestrzeni, gdzie mogli swobodnie manewrować i gdzie w pobliżu znajdował się przyjazny port Kadyks. Nelson osiągnął swoje największe strategiczne zwycięstwo, które pozostało po wsze czasy wzorem bitwy morskiej. Łącząc taktykę tradycyjną z na wskroś nowymi pomysłami rozwiązał odwieczny problem jak zapobiec ucieczce spłoszonego nieprzyjaciela i wymknięciu się nieuszkodzonej floty.
Dwukrotnie armaty na "Redoutable" zamilkły. Dwukrotnie Nelson rozkazał wstrzymać ogień przypuszczając, że okręt francuski się poddaje. Dwukrotnie "Redoutable" na nowo podjął walkę.
Nelson i Hardy chodzili tam i z powrotem po pokładzie rufowym "Victory", długim na jakieś dwadzieścia stóp, od potrzaskanego koła sterowego do schodni prowadzącej na dół do kabin. Środkowy maszt "Redoutable" wznosił się na pięćdziesiąt stóp ponad nimi. W kwadrans po rozpoczęciu walki z "Redoutable" Hardy szedł po pokładzie o parę kroków przed swoim admirałem. Nim doszli do punktu, gdzie zwykle zakręcali z powrotem, Nelson zwrócił się nagle na lewo. Nie wydał żadnego głosu. Hardy zawracając o parę sekund później, ujrzał go na kolanach, lewą ręką wspartego o deski pokładu.
- Milordzie, milordzie... ranili pana?
Nie dokończył jeszcze tych słów, gdy Nelson osunął się na bok, na twarz. Hardy klęczał przy nim.
- Tym razem dostali mnie, Hardy. Strzaskali mi kręgosłup.
Krew płynęła z lewego boku, Hardy podtrzymywał go, prawie niósł. Gdy znaleźli się przy luku prowadzącym do schodni, Nelson rzekł:
- Dopilnuj, żeby natychmiast pozakładali nowe liny na rufie, Hardy. Te są poszarpane strzałami...
Zdołał jeszcze wyjąć z kieszeni dużą chustkę do nosa, którą przykrył sobie twarz i ordery, aby załoga go nie poznała. Jeden z marynarzy widział, co się stało. Widział, jak z marsa bezanmasztu "Redoutable" strzelec w czapce z kokardą posłał fatalną kulę. Widział, jak admirał upadł. Widział, jak strzelec z kokardą przyjmował powinszowanie od towarzysza, który go klepał po ramieniu i ściskał mu dłoń. William Fearney starannie wymierzył swój muszkiet i wystrzelił. Chybił. Teraz obaj strzelcy na marsie "Redoutable" zwrócili uwagę na Fearneya, który nabijał na nowo muszkiet. Wszyscy trzej jednocześnie podnieśli broń. Trzy strzały zlały się w jeden wśród piekielnego hałasu bitwy. Strzelec z kokardą rozłożył ramiona, przechylił się i spadł z wysokości. Ale nim roztrzaskał się o deski pokładu, Fearney, który go zabił, nie żył już także.
W chwilę później "Redoutable", na którym dwukrotnie wybuchał ogień, spuścił banderę. Z drugiej strony działa "Victory" siały śmierć i zniszczenie na ogromnym "Santisima Trinidad". Marynarze z załogi hiszpańskiego okrętu skakali przez burtę do morza, skąd pomagano im się wydostać na pokład "Victory".
Na dole, w kokpicie "Victory", który upodobnił się do jatki, jak mówił później kapelan, starszy chirurg Beatty poznał od razu swego admirała, z którego twarzy zsunęła się chustka. Gdy Hardy i Adair przekraczając leżących na podłodze rannych znaleźli wreszcie miejsce, by złożyć swój ciężar, Nelson odprawił chirurga gestem ręki, mówiąc:
- Zajmij się najpierw tymi, którym się jeszcze możesz przydać, doktorze. Mnie już nic nie pomożesz. Zostało mi już niewiele chwil życia.
Chirurg nie dał się odprawić. Przeprowadził natychmiast badanie, które wykazało, że kula trafiła Nelsona pod lewym ramieniem, przebiła płuco, przecięła arterię i przeszła przez kręgosłup od lewej do prawej strony.
- Milordzie - rzekł Beatty - nieszczęściem dla naszej ojczyzny, powiedziałeś prawdę. Nie ma ratunku. - Odwrócił się, by ukryć łzy, które napływały do oczu. Kapelan przyszedł i ukląkł przy admirale, który leżał na sienniku w koi jednego z midszypmenów.
.- Odchodzę już, ojcze. Nie byłem bardzo wielkim grzesznikiem. Zostawiam Lady Hamilton i moją adoptowaną córkę Horację, pod opieką mego kraju... - Mógł mówić tylko ochrypłym szeptem. - Czuję, że coś wzbiera w mojej piersi... i przeszkadza... - Był to wewnętrzny wylew krwi, który przyspieszył jego zgon, gdyż inaczej agonia po uszkodzeniu kręgosłupa mogła się wlec bardzo długo sprawiając mu nieskończone cierpienia.
Z góry, z pokładu dobiegały wiwaty i okrzyki załogi, gdyż we flocie francuskiej okręt za okrętem tonęły lub spuszczały bandery. W jedynym oku Nelsona zabłysnął żywszy blask, lecz rzekł tylko:
- Och, zwycięstwo, zwycięstwo, jak rozpraszasz moje myśli, zaćmiewasz mój biedny umysł... Co powie biedna Lady Hamilton, kiedy się dowie... Jak drogie jest życie każdemu człowiekowi... Dzięki Bogu, spełniłem mój obowiązek.
Złożywszy Nelsona w kokpicie, Hardy musiał zaraz wracać na pomost, gdyż okręty nieprzyjacielskie ze wszystkich stron okrążyły "Victory" atakując koncentrycznie okręt flagowy. Kapitan Adair, który wybiegł za nim na pokład by wydać rozkazy oddziałom piechoty morskiej w razie abordażu, poległ od kuli w chwilę później.
Kapelan i ci, którzy czuwali przy Nelsonie, sądzili, że ogarnia go już delirium. Ale w pół godziny później zażądał jasno i wyraźnie, aby Hardy przyszedł do niego.
- Czemu Hardy nie przychodzi? - nalegał. - Chyba go zabili. On z pewnością nie żyje.
Pięć okrętów angielskich walczyło z bliska z pięciu francuskimi, aż wreszcie francuscy artylerzyści opuścili potrzaskane działa i okręty poddały się. Dwa okręty hiszpańskie, "Argonauta" i "Bahama", walczyły z odwagą i wściekłością rozpaczy, każdy utracił blisko czterystu ludzi załogi. Na "San Juan Nepomuceno" poległo trzystu pięćdziesięciu. Nie mieli już innego wyboru, jak się poddać. Francuski okręt flagowy zatopiono, a Villeneuve'a wzięto do niewoli, co było szczególnym życzeniem Nelsona.
Po godzinie Hardy powrócił do kokpitu. Była czwarta. Nelson osłabł bardzo, ale mówił wyraźniej niż poprzednio. Zdawał się zupełnie przytomny. Wyciągnął lewą rękę, którą Hardy ujął i przycisnął do piersi.
- Jak się nam powodzi, Hardy?
- Bardzo dobrze, milordzie. Dziesięć okrętów zdobytych.
- To .dobrze. Ale powinno być dwadzieścia.
- Dojdziemy do tej liczby, milordzie. Dymy armatnie bardzo przesłaniają widoczność. Okręty awangardy nieprzyjacielskiej zawróciły i próbują jeszcze ocalić swoją flotę.
- W takim razie każ zakotwiczyć, Hardy. Każ zakotwiczyć i zatapiaj po kolei każdy okręt, który się do nas przybliży.
- Sądzę milordzie, że admirał Collingwood obejmie teraz naczelne dowództwo...
- Dopóki ja żyję - nie! Rozkazałem zakotwiczyć. Proszę wykonać mój rozkaz.
- Czy mam podać sygnał, milordzie?
- Tak, dopóki ja żyję, ja rozkazuję: zakotwiczyć. Hardy wyszedł na pokład, by wydać rozkazy i zaraz powrócił. Kapelan i skarbnik okrętowy, czuwający przy Nelsonie, unieśli go nieco i ułożyli w najmniej dokuczliwej pozycji.
- Pić - zażądał. Podano mu wina z wodą. - Duszno... wachlujcie - prosił. A potem znowu: - Rozcierajcie... - Kapelan pochylił się nad nim rozcierając wolną ręką jego pierś, co zdawało się przynosić mu ulgę w cierpieniu.
- Opiekujcie się Lady Hamilton... Pilnujcie, by rząd zajął się Lady Hamilton - prosił każdego, kto podszedł.
Hardy wrócił do kokpitu, a widząc chirurga odchodzącego od Nelsona powiedział:
- Z pewnością pan Beatty nie stracił jeszcze nadziei, milordzie.
- Nie ma już żadnej nadziei, mój zacny Hardy. Mam przestrzelony kręgosłup. Beatty ci powie to samo. Ale jeszcze wytrwam jakieś pół godziny.
- Odnieśliśmy całkowite zwycięstwo, milordzie.
- Dzięki Bogu, spełniłem mój obowiązek. Hardy zawrócił by odejść z powrotem na pokład, ale Nelson przywołał go.
- Nie wyrzucajcie mnie za burtę, Hardy... Opiekuj się moją drogą Lady Hamilton, Hardy... Opiekuj się moją drogą Lady Hamilton... Pocałuj mnie, Hardy.
Wzruszony do głębi, Hardy ukląkł i dotknął ustami jego policzka. Gdy podniósł się znowu, nie mógł patrzeć na konającego. Skręcał w ręku i szarpał swój stosowany kapelusz.
- Rad jestem... - dobiegały słowa urywanym szeptem. - Dziękuję Bogu... spełniłem mój obowiązek.... Oddajcie Lady Hamilton pasmo moich włosów... niech cię Bóg błogosławi, Hardy.
Były to ostatnie słowa, które Hardy usłyszał z ust swego przyjaciela i admirała. Powrócił na pokład rufowy i dostrzegł jeszcze, jak cztery okręty francuskiej awangardy uciekały, na pożegnanie oddając salwy do swoich hiszpańskich aliantów, zabranych już do niewoli. Od ich strzałów poległo sporo żołnierzy. Wymknęli się wyczerpanej bitwą flocie angielskiej, która jednakże odniosła najświetniejsze zwycięstwo. Poddało się dwadzieścia okrętów - tyle, ile pryzów chciał mieć Nelson. Wiele innych zatonęło włącznie z "Principe de Asturias", "Rayo", "Neptune". Straty angielskie dosięgły tysiąca pięciuset poległych. Straty w ludziach połączonych flot francusko-hiszpańskich obliczono w wielu tysiącach.
Gdy Hardy odszedł, Nelson zażądał, aby go przewrócono na drugi bok.
- Żałuję, że opuściłem pokład - powiedział. - Byłbym widział moją ostatnią bitwę do końca.
Gdy mówił, oddawano ostatnie salwy do rozgromionych okrętów. Nelson wypełnił swój obowiązek tak dokładnie, iż od tej pory krajowi jego nie zagrażało więcej niebezpieczeństwo ze strony morskich sił aliantów. Ich floty były zupełnie zniszczone. Trzeba by budować nowe okręty, szkolić nowe pokolenie marynarzy, nim by można było pomyśleć o inwazji na Wyspy Brytyjskie. Tego nawet Napoleon nie mógł dokonać.
- Pamiętajcie: zostawiam Lady Hamilton i moją córkę Horację... Nie zapomnijcie o Horacji...
Ten jeden jedyny raz przyznał się publicznie do ojcostwa dziecka.
- Dzięki Bogu, spełniłem mój obowiązek...
Nie mógł już mówić więcej. Chwilami otwierał oczy. O godzinie pół do piątej wielki przeciwnik napoleońskich planów podboju Anglii i panowania nad morzami - nie żył. Gdyby mógł wybierać, wybrałby z pewnością śmierć w bitwie, niżby miał pędzić długie lata, jako więzień na dalekiej, skalistej wysepce.

Źródło: G. Bidwell, Lord Nelson