Mój dziesięcioletni syn kocha ołowianych żołnierzy. Poszedłem niedawno do Hamley'a. żeby mu kupić na gwiazdkę. Nauczony doświadczeniem nie zabieram go na tego rodzaju zakupy. Pensja specjalisty w dużym angielskim szpitalu jest nie najgorsza, ale nie wystarcza na zakupywanie całych miniaturowych armii. Nawet sam wybór nie był łatwy.
Gwardia piesza i konna, Szkoci w kraciastych sukienkach, dragoni, kanadyjska królewska konna policja w kapeluszach skautów i w czerwonych mundurach, to dość by wprawić duszę młodego chłopca (jeśli taki - jak powiada Makuszyński - ma duszę) w stan pożądliwego zachwytu.
Co wybrać? Kawalerię amerykańską z czasów bitew z Indianami, czy angielską piechotę z ostatniej wojny w battle-dressach i blaszanych melonikach?